19:02:22
2008-10-23
Książka za krew
Jako że odwołano poniedziałkowe ćwiczenia i miał weekend dłuższy o jeden dzień, postanowiłam wykorzystać go w jakiś bardziej konstruktywny sposób. Dlatego po tym, jak już się obudziłam, zjadłam śniadanie i jako tako doszłam do siebie, udałam się w okolice Ronda Grzegórzeckiego, na ulicę Rzeźnicką 11, by oddać krew (swoją drogą nieźle trafili z adresem), jako że minęły już ponad 3 miesiące od ostatniego razu. Przy okazji wyrobiłam sobie w końcu krakowską legitymację dawcy (na katowickiej jakoś nie chcieli podbijać) i odebrałam wyniki z poprzedniego razu, dzięki czemu mogę z całą pewnością stwierdzić, że nie jestem nosicielką żadnej z chorób zakaźnych. Jedynym negatywem był fakt, iż po raz pierwszy zrobiło mi się słabo na tyle, że musiałam usiąść w miejscu, w którym akurat stałam (czyli na schodach), żeby nie zemdleć na miejscu, ale kładę to na barki tego, że zjadłam tylko śniadanie parę godzin wcześniej (trochę zajęło mi zebranie się do wyjścia i dotarcie na miejsce, a na obiad przed wyjściem było jednak za wcześnie) i tego, że właśnie pokonałam trzy piętra po schodach tuż po oddaniu. Jednak nie odstraszy mnie to przed powtórką za jakieś 3 miesiące.
Do tego okazało się, że trafiłam na akcję „Książka za krew”, dzięki czemu prócz zwykłego poczęstunku regeneracyjnego, otrzymałam kupon uprawniający do bezpłatnego wejścia na 12. Targi Książki w Krakowie oraz odbioru dwóch wybranych książek spośród 23 (jednej z trzech Wydawnictwa Lekarskiego PZWL i jednej z dwudziestu pozycji pozostałych wydawnictw – głównie PWN). Jako, że jutro zaraz po zajęciach jadę do domu na weekend, a akurat dzisiaj miałam trzygodzinne okienko, postanowiłam skorzystać z okazji i ruszyć się z domu gdzieś indziej niż na weekend do Bytomia. Dlatego tuż po wykładzie, udałam się na Rondo Mogilskie, skąd odjeżdżał tramwaj, który miał mnie dowieźć na miejsce. Skrzętnie liczyłam przystanki (nigdy wcześniej nie zapuszczałam się w tamte rejony), których miało być 11, jednak ten, na którym miałam wysiąść okazał się być dziesiątym – nie wiem, czy okazało się ich mniej, czy zwyczajnie pomyliłam się w liczeniu. W każdym razie zorientowałam się zbyt późno i musiałam wrócić piechotą ten jeden przystanek. Samo miejsce targów było bardzo dobrze oznakowane, także trafiłam na halę bez trudu, nie musząc wyciągać z torebki planu miasta. Po wejściu na halę, udałam się do rejestracji gości, gdzie odebrałam swoją wejściówkę (poczułam się jak jakiś VIP normalnie), którą następnie okazałam dwóm panom w czerni. Kiedy wreszcie znalazłam się na terenie właściwym targów, ruszyłam w podróż między stoiskami. Nie trwało to długo, zanim znalazłam stoisko Wydawnictwa Lekarskiego, gdzie odebrałam swoje książki – Domowy poradnik medyczny oraz Multimedialną encyklopedię powszechną edycję 2009 (pełna lista książek do wyboru dostępna tutaj). Następnie udałam się na spacer po hali, oglądając, co inne wydawnictwa mają do zaoferowania. Pomyślałam, że nawet skusiłabym się na kilka pozycji, zwłaszcza biorąc pod uwagę spore rabaty, z których można było skorzystać. Nie znalazłam jednak tego, czego szukałam, więc skończyło się na oglądaniu. A było co – o wielu wydawnictwach z targów nawet nie słyszałam. Ponadto były organizowane różnego typu konkursy – Wydawnictwo Kruk np. zorganizowało coś na kształt loterii, w której można było wygrać całkiem spory stos książek, wystarczyło trafić na odpowiedni numer ulotki. Proste, nieprawdaż? Mi jednak się nie udało, zaoferowali mi za to 40% rabatu, którego jednak nie wykorzystałam z przyczyn podanych nieco wcześniej. Ponadto zapraszani byli różni goście specjalni, którzy mieli dawać autografy. Zbyt wiele z tych atrakcji nie było jednak dane mi zobaczyć, gdyż należało jeszcze zdążyć na wykład (na który koniec końców jednak nie poszłam ze względu na coraz bardziej ciążącą reklamówkę i przemoknięte buty). Dla tych natomiast, którzy spędzili tam trochę więcej czasu, był przygotowany punkt cateringowy, oraz czyste i schludne toalety, a także, jak sądzę, wiele innych atrakcji. Ogólnie rzecz biorąc nie mam wrażenia zmarnowanego czasu. Największy plus natomiast należy się im za promowanie krwiodawstwa w Polsce.
skomentuj notkę (0)
19:41:28
2008-10-17
Wakacje
To były dziwne trzy miesiące... Z jednej strony spędziłam ten czas (a przynajmniej jego większość) trochę bardziej aktywnie niż zwykle, a z drugiej – mnóstwo nerwów i zawodów. Zacznę może od tej bardziej przykrej kwestii, żeby zakończyć bardziej optymistycznie.Jak już pisałam w ostatniej notce, przed wakacjami miałam „drobne” zatargi ze współlokatorką. Później doszedł jeszcze do tego jej narzeczony, który niespodziewanie wrócił na mieszkanie z tej swojej Finlandii. Z początku sądziłam, że przyjechał od tak w gościnę i na tej zasadzie nocuje na mieszkaniu. Szybko jednak rozwiał moje wątpliwości stwierdzając „jako że ja wróciłem na mieszkanie, Ty się przeniesiesz do poprzedniego pokoju (w którym mieszkały już 3 osoby i na więcej nie było miejsca) – wybierz sobie, czy chcesz się przenieść dzisiaj czy w czwartek (był to poniedziałek lub wtorek – pewności nie mam), bo wtedy mogę ci pomóc”. W końcu na szczęście w związku z buntem innych współlokatorów i wstawieniem się ich za mną, musiał zrezygnować z tego pomysłu. Niestety, w zamian za to, postanowił robić mi pobudki każdego ranka o godzinie 7-8 rano (był to czas sesji, a więc zajęć nie było, a egzaminy miałam raczej w godzinach popołudniowych), a wieczorem, kiedy się już kładłam nie pozwalać mi usnąć nieraz do późnych godzin nocnych. Do tego pewnego „pięknego” sobotniego ranka, kiedy wstałam wcześniej, żeby coś załatwić i poszłam zrobić sobie śniadanie, zamknął się w pokoju z Natalią, żeby zaspokoić swój popęd płciowy, przez co do pokoju się nie mogłam dostać przez dobre 15-20 min i omal się nie spóźniłam. A wystarczyło poczekać parę minut ze swoją chcicą, aż bym wyszła z domu i dała im luz na całe dwie godziny. W końcu się wkurzyłam taką sytuacją i postanowiłam się więcej nimi nie przejmować – czyt. mieć w nosie, czy chcą spać, sexić się czy cokolwiek innego, w czym im przeszkadzam. Dlatego, kiedy ostatniej nocy mojego pobytu na mieszkaniu przed wakacjami poprosił (a raczej zażądał, bo taka jest wg niego definicja tego słowa z tego, co zauważyłam) o wyłączenie komputera na noc, odmówiłam. No i co? Zwyzywał mnie od głupich i złośliwych cip i zagroził, że jeszcze zobaczę. I nie wiem, czy jego zachowanie podczas wakacji było właśnie taką zemstą, czy robił to z jakichś innych pobudek. Otóż podczas mojej nieobecności, powyjmował wszystkie moje rzeczy z szafek, szuflad etc. i upchnął je pod łóżkiem, gdzie jak wiadomo zbyt czysto nie jest. A niektóre rzeczy w ogóle całkiem zniknęły, przez co jestem jakieś 200 zł do tyłu. Ponadto okazało się, że kiedy jeszcze opłacał rachunki za mieszkanie, zebrał pieniądze od wszystkich współlokatorów, zapisał w zeszycie, w którym takie rzeczy notujemy, że zapłacił wszystkie rachunki, a tymczasem okazało się, że nie zapłacił w ogóle rachunku za gaz, o czym dowiedzieliśmy się niedawno, kiedy przyszedł rachunek. Sytuacja powtórzyła się w wakacje, tyle że z prądem. Dowiedzieliśmy się, kiedy przyszedł komornik po pieniądze za rachunek. Także w związku z tą kradzieżą (nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu) jest winny nam wszystkim drugie 200 zł. Do tego rozpowiedział plotkę, że ja się z tego mieszkania wyprowadzam, bo mam sobie coś znaleźć z koleżanką, przez co mało brakowało, a nie miałabym gdzie mieszkać w tym semestrze. Także tak od połowy sierpnia, kiedy dostałam telefon z wiadomością, że mam się wyprowadzić wiecznie miałam jakieś stresy w związku z tą sytuacją. Zresztą dalej mam, bo brakujących rzeczy nie odzyskałam, a są mi raczej potrzebne, zwłaszcza jedna. Poza tym wszystkim jeszcze się dowiedziałam, że Natalia chodziła w moich ubraniach. Współlokatorzy mówili, że jak ją wyrzucali z mieszkania i odkładali jej rzeczy do przedpokoju, to wśród nich znalazły się też niektóre moje rzeczy, których używała, więc myśleli, że to jej. Jakież było ich zdziwienie, osłupienie czy co tam jeszcze, kiedy usłyszeli, że to nie jej. Do tego na pytanie o popsuty zamek w biurku (wsadziłam tam niektóre rzeczy, do których nie chciałam, żeby ktoś miał dostęp, ale po powrocie zamek był zwyczajnie wyłamany, a wszystko ze środka zniknęło), stwierdziła, że sam się popsuł. Kiedy zapytali co się w takim razie stało z rzeczami, które były w środku, coś tam bąknęła i odwróciła wzrok. Było jeszcze mnóstwo takich drobiazgów, które jednak bulwersowały, ale w związku z ich liczbą i moim stanem emocjonalnym nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić.Z innych mniej przyjemnych rzeczy to fakt, że przez wydłużone praktyki nie mogłam pojechać z rodzinką w odwiedziny do cioci, której nie widziałam ładnych parę lat (ogólnie byłam u niej w sumie 4 razy w życiu – średnio raz na 5 lat). A że taka okazja pewnie prędko się nie powtórzy, to fakt ten bolał tym bardziej. Do tego dwa tygodnie nudy samej w domu. No ale przy powyższym to jest nic.Ale przejdźmy może do pozytywów. Jak już wspominałam przez dwa miesiące byłam na praktyce w zabrzańskim oddziale pewnego banku. Czemu zaliczam to do pozytywów? Bo mi się zwyczajnie podobało. Nic to, że codziennie trzeba było wstać o tej 6 i jechać na 8 do Zabrza, a potem siedzieć tam 8h. Na szczęście w weekendy mają zamknięte, więc można było odespać. Za to atmosfera była bardzo pozytywna. Na początku było co prawda trochę nudno, bo jako że byłam ich pierwszą praktykantką nie wiedzieli za bardzo, co mi dać do roboty. Ale już po paru dniach znajdowały się dla mnie coraz to nowe zajęcia. Może niezbyt ambitne, ale czego wymagać po praktyce na drugim roku studiów. Najlepsze w tym wszystkim było to, że załoga mnie doceniała i w niektórych aspektach nawet podziwiała. Tyle pochwał, ile się nasłuchałam przez te dwa miesiące, nie usłyszałam w ciągu całego mojego życia chyba. Automatycznie skoczyła mi samoocena, z którą u mnie niestety kiepsko i poczułam się potrzebna. Tym bardziej, że trafiłam na okres, w którym mieli dość spore problemy kadrowe. Sporo ludzi było na zwolnieniu lekarskim, część się zwalniała do nowo otwieranego banku, a do tego sezon urlopowy w pełni. Dlatego wiele razy słyszałam coś w stylu „spadła nam pani z nieba”. Naprawdę bardzo pozytywnie. Do tego sympatyczni ludzie, zwłaszcza ci najbliżsi mi wiekowo (Monika, która teoretycznie była moim opiekunem i Krzysiek, doradca klienta biznesowego, starszy ode mnie zaledwie o 3 lata), z którymi najwięcej rozmawiałam. Dużo czasu spędziłam też z kobietą, która była na obsłudze podmiotów gospodarczych z racji tego, że została zupełnie sama na stanowisku, na którym zwykle jest czterech pracowników. Także to głównie ona skorzystała na mojej pomocy. Do tych wszystkich odczuć dochodziła jeszcze satysfakcja z tego, że za co bym się nie wzięła, to robiłam to jak należy, zwłaszcza pod koniec mojej kariery tam. W całym oddziale byłam znana z super pamięci, bo potrafiłam zapamiętać x numerów rachunków klientów. Tyle że to było dość naturalne, skoro miałam z nimi do czynienia. Było trochę takich „specyficznych” klientów, którzy mieli po kilka rachunków i dla porządku całą dokumentację się dokładało do jednego, tego głównego. Tylko skąd tu wytrzasnąć ten główny numer, skoro na dokumentach znajdował się tylko ten, którego ta dokumentacja dotyczyła. Normalny pracownik może sobie wpisać numer w systemie i mu wyskoczy ten główny. Ja natomiast jako praktykantka dostępu do systemu nie miałam. Na początku więc numery te sprawdzała mi ta kobieta z obsługi klientów, jednak z czasem coraz więcej z nich zapamiętywałam. Raz, że to jakoś samo przychodziło, dwa że wolałam być samodzielna, bo ona miała bez tego sporo roboty a i bez czekania aż mi sprawdzi, szybciej kończyłam tą robotę i mogłam zająć się czymś innym (zwłaszcza, że to była praca stojąca, a nogi po pewnym czasie odmawiają posłuszeństwa, zwłaszcza w butach na obcasach). Najlepsza była mina Krzyśka ostatniego dnia mojej praktyki, który na dwa dni przyszedł na salę operacyjną na zastępstwo w związku z tym, że tamta kobieta poszła na urlop. Potrzebował zaksięgować przelew, a kwitek był niewyraźnie napisany (ach, ci klienci) i nie mogliśmy rozszyfrować, co tam jest napisane. Postanowił więc spróbować sprawdzić to w systemie. Do tego jednak potrzebował numeru rachunku, którego z jakichś powodów nie było na druczku (nie pamiętam już dokładnie dlaczego) i tak się chwilę zastanawiał. Akurat siedziałam obok, bo swoją robotę już skończyłam. Spojrzałam na skrót „CMB” w polu nadawcy i mówię do niego: „jeśli to Centrum Materiałów Budowlanych Metelskiej, to ma numer <i tu wyrecytowałam mu rząd cyferek>”. Spojrzał tylko w moją stronę, zrobił wielkie oczy i zapytał „a skąd ty to wiesz?”. Albo pani Brygida (ta pani z obsługi) w rozmowie z zastępczynią dyrektorki: „a jak przychodzi pani z ZNP, to Magda już ma wyciągi w ręce”. Wkurzali mnie jedynie klienci. Wydawać by się mogło, że jak właściciele nieraz całkiem dużych firm (a nawet kilku firm), to są to ludzie inteligentni i w ogóle. A tymczasem po kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia potrafił taki do mnie podchodzić z załatwieniem jakiejś sprawy, mimo że przed sobą miałam całkiem sporych rozmiarów tabliczkę z napisem „Zapraszamy do stanowiska obok”. No ale co zrobić. To i tak nic z tą całą pozytywną energią. Bardzo miłe było też pożegnanie. Pani Brygida żegnała się ze mną dwa tygodnie wcześniej ze względu na to, że szła na urlop. Dostałam od niej wielką tabliczkę szwajcarskiej czekolady (otworzyłam niedawno – przepyszna!), która z tego, co wiem, kosztuje dość sporo i paczkę kawy, którą oddałam mamie, jako że sama takowej nie pijam. Do tego w zestawie cały zestaw pochwał i podziękowań. Drugie pożegnanie było ostatniego dnia praktyki (chwilę po bezcennej minie Krzyśka opisanej wyżej), tym razem od całego zespołu doradów biznesowych. Były pochwały, podziękowania (a jakże!), całusy i drobny upominek na szczęście w postaci porcelanowego słonika. Natomiast trzecie pożegnanie miałam tydzień po zakończeniu praktyk, kiedy pojechałam do banku na spotkanie z dyrektorką (ostatniego dnia mojej pracy była na urlopie), żeby mi podpisała raport z praktyki. Pogadałyśmy chwilę, po czym wręczyła mi torebkę z upominkami – bombonierka i dwa gadżety bankowe. Także ogólnie całą praktykę podsumowuję na duuuży plus (mimo tego, że nie mogłam pojechać na wakacje).A jak minęła mi reszta wakacji? W sumie nie jest to już „dużego”. Ot, spotkania z przyjaciółkami niewidzianymi od dawna ze względu na studia na różnych końcach Polski (które mimo niezbyt zajmującego w stosunku do reszty wydarzeń charakteru, były oczywiście bardzo pozytywne), nauka do egzaminu z prawa i późniejsze go zaliczenie i wreszcie ostatnie dwa tygodnie to totalne zbijanie bąków.Ogólnie trudno mi w jakiś jednoznaczny podsumować te 3 miesiące. Z jednej strony fajne, a z drugiej niefajne. Ot i tyle, nie ma sensu tego nawet rozwijać, bo mi wyjdzie drugie tyle, co do tej pory napisałam.
skomentuj notkę (2)
21:21:21
2008-04-08
O współlokatorce
Postanowiłam spróbować z pisaniem notek tematycznych. Jak widać po tytule, dzisiaj będzie o mojej współlokatorce z pokoju. W zasadzie mam zamiar się pożalić (bo zasadniczo nie potrafię dostrzec nawet jednej zalety mieszkania z nią), więc jak ktoś nie ma ochoty tego czytać, może przerwać w tym miejscu. Zacznijmy może od początku... A jak było na początku? Kiedy się tu (w znaczeniu: do tego pokoju) wprowadzałam, myślałam, że trochę odetchnę. Że wreszcie nie będzie syfu w pokoju, że mnie nikt nie będzie budził, wrzeszczał nad uchem przekleństwa, bo sędzia w FIFIE źle osadził i przecież powinna być czerwona kartka. Gdybym wtedy wiedziała, jak bardzo się mylę... Do tego wszystkiego, co wymieniłam wyżej (z tą tylko różnicą, że przekleństwa latają w innych sytuacjach) doszła jeszcze masa rzeczy, które mnie wkurzają (choć to zbyt delikatne określenie... ale żeby być adekwatną, musiałabym puścić niezłą wiązankę). Choć jak się tak czasem zastanowię, to nie wiem, czy to ona jest taką beznadziejną współlokatorką, czy to ja jestem przeczulona. Ale z drugiej strony nikt na mieszkaniu nie ma o niej zbyt dobrego zdania. Ba, ktokolwiek, z kim się zetknęłam, a ją zna, nie ma o niej dobrego zdania. Wtedy z kolei zaczynam się zastanawiać, czy ona jest tak tępa i ograniczona, że nie rozumie pewnych rzeczy, czy zwyczajnie złośliwa. Ale może przytoczę kilka sytuacji, żeby rozjaśnić sprawy czytelnikom niewtajemniczonym. Sytuacja pierwsza: Sesja. Na drugi dzień mam egzamin, więc kładę się wcześniej, żeby móc rano wstać wcześniej i jeszcze coś powtórzyć (egzaminy w okolicach godziny 13 to jest to) i przy okazji się jeszcze wyspać i na egzamin iść wypoczętym. Pojawia się tylko jeden problem. Jaki? Otóż współlokatorka nagle wieczorem sobie przypomniała, że na następny dzień musi zrobić jakiś większy projekt. Szczegół, że przez cały dzień przeglądała sobie jakieś durne stronki w internecie, oglądała filmiki na youtubie czy innym portalu do projektu nawet nie zaglądając (albo zaglądając na tyle rzadko, że tego nie zauważyłam). Więc cóż zrobić? Ano, siedzieć nad tym w nocy, oczywiście. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że ta osoba nie potrafi po prostu siedzieć, nikomu nie przeszkadzając. Walenie w klawiaturę, jakby młotkiem jakiś wyjątkowo oporny gwóźdź wbijała, rzucanie jakimiś zeszytami o podłogę, włączanie filmików przez głośniki i parę innych czynników, których przez wściekłość i wycieńczenie nie zapamiętałam sprawiło, że tamtą noc miałam z głowy. Kompletnie niewyspana, wściekła i jeszcze x innych określeń. Wstałam rano, żeby się jeszcze pouczyć. Siedziałam sobie w szlafroku i kułam do ~12:00, kiedy to współlokatorka wróciła z uczelni. I to, co wtedy powiedziała, zabiło mnie do tego stopnia, że aż mi słów zabrakło. Gdyby nie to, pewnie by jej się nieźle oberwało. Dla pełniejszego zrozumienia dodam, że to ona jest osobą, która zwykle zwleka się z łóżka w okolicach godziny 12-13, a na uczelni jest rzadkim gościem. „Ty jeszcze w piżamie?! Ja od 27 godzin jestem na nogach!”. Pozwólcie, że tego nie skomentuję, gdyż wciąż brak mi słów... Sytuacja druga: Jednej nocy kiepsko spałam (chyba jej wtedy nie było na noc), więc kolejnego wieczora położyłam się specjalnie wcześniej spać. Ledwo się położyłam, stwierdziłam, że chyba nie zasnę, jak jej tak będzie ciągle dzwonić sygnał z gg czy skype’a. Szybko mnie jednak przywołała do rzeczywistości... Rozpoczęła pogawędkę przez skype’a (na głośnikach, a jakże) z Jureczkiem. Nawet nie myślcie, że starała się zachowywać ciszej. To byłby szczyt marzeń. Mam nawet dziwne wrażenie, że było głośniej niż zwykle, w ciągu dnia. Nawet Alek (wspominałam o nim? Nasz nowy współlokator) następnego dnia rano stwierdził, że gadali tak głośno, że on w sąsiednim pokoju ich słyszał. Także zamiast zasnąć wcześniej przez bitą godzinę musiałam słuchać bzdetów o poli- i monogamii (i nie tylko). Sytuacja trzecia: Na mieszkaniu każdy zmywa naczynia za sobą od razu po posiłku, ewentualnie na drugi dzień. Tylko jej gary leżą w zlewie przez co najmniej 3 dni. Pewnego razu zapuściła je do tego stopnia, że ze zlewu zaczęło zwyczajnie cuchnąć. A tymczasem przed swoim wyjazdem do Jureczka stwierdziła: „No, ja wyjeżdżam... A wy sobie siedźcie w tym syfie, bo tylko ja tu sprzątam”. Pragnę zauważyć, że kiedy jej nie było, na mieszkaniu panował wyjątkowy porządek. Sytuacja czwarta: Po pierwszej nocy w tym pokoju, stwierdziła, że mam wyłączać kompa na noc (chyba, że coś ściągam), bo jej buczy i nie może spać. No to ok, zaczęłam wyłączać. Jednej nocy zostawiłam włączony, bo mi zależało, żeby się film zdążył ściągnąć. Na drugi dzień zaobserwowałam dziwną sytuację. Otóż, kiedy jeszcze siedziałam przy kompie, położyła się do łóżka, powiedziała „dobranoc” i myślałam, że poszła spać. Niedługo potem i ja się położyłam, wyłączywszy przedtem kompa. Po dosłownie paru minutach ta się zerwała i... włączyła swojego kompa. Posiedziała przy nim jakiś czas i się położyła. Sytuacja powtarzała się przez ładnych parę dni. Raz siedziała chwilkę, innym razem na tyle długo, że zdążyłam zasnąć zanim skończyła (a jak kończyła i się kładła, to nie omieszkała przy okazji narobić hałasu i mnie obudzić. Takich sytuacji mogłabym wymienić mnóstwo. I już mam jej dość do tego stopnia, że wkurzają mnie nawet najdrobniejsze bzdety (choć za takie ich w danym momencie nie uważam). Czy to kapcie zostawione na środku pokoju tak, że można się o nie potknąć, czy to kolejne kłótnie przez skype’a z Jureczkiem, których jestem zmuszona słuchać, czy to notoryczne niezamykanie przez nią drzwi od pokoju (po pierwsze – w przedpokoju jest znacznie zimniej niż w pokoju, a jak wiadomo temperatura dąży do wyrównania, po drugie zostawia je także na noc, więc jak rano ktoś wstaje wcześniej i się kręci po mieszkaniu, to mnie to budzi), czy to zapalanie światła w pokoju w środku dnia. Mam dość nawet tego jej durnego kosza na śmieci, który trzyma pod stołem koło mojego łóżka – jakby nie mogła go trzymać koło siebie, tak jak ja. Ileż to razy już o niego zahaczyłam nogą, kiedy się kładłam do łóżka – no ale to już faktycznie totalna bzdeta. O, a dzisiaj mi zarzuciła, że w zeszłym tygodniu nie posprzątałam łazienki, mimo że się zadeklarowałam. A tak się składa, że sprzątałam ją w najgorszym dla mnie dniu, bo mam wtedy najwięcej zajęć na uczelni (siedzę od rana do wieczora) i wracam padnięta. No ale Alek mnie poprosił, żebym zrobiła to jeszcze tego samego dnia, bo jest syf, więc zrobiłam. A ta mi zarzuca, że olałam. Nie moja wina, że „ktoś” sobie farbował wczoraj włosy i farbą zapaćkał nie tylko umywalkę, ale nawet framugę drzwi (! nie mam pojęcia, jak ona to zrobiła...) i teraz jest syf. Ogólnie mam wrażenie, że ona się zachowuje, jakby tu nikogo poza nią nie było (chyba, że ma jakąś sprawę, to nagle zaczyna dostrzegać innych). Zastanawiam się tylko, czy to wynika z jej ograniczenia i tępoty, czy ze złośliwości i egoizmu. A jak wy myślicie? Bo dla mnie to jest zagadka wszechczasów. W ogóle skoro już o niej opowiadam, to może jeszcze wspomnę o bardziej zabawnym aspekcie. Otóż jakiś czas temu trafiłam na o2 na pewien artykuł ( http://infobot.pl/r/pQz ), który już podczas czytania wydawał mi się dziwnie podobny do jej sytuacji. Ale jakoś wyrzucałam tą myśl z głowy, bo... sama nie wiem co. Chyba jakieś takie za mądre te zdania w tym artykule były jak na napisane przez nią. Tzn. nie chodzi mi o sam problem z którym pisała (bo to jest na tej samej zasadzie jak słynna rubryka w Bravo – czytelniczki piszą ze swoimi „wielkimi” problemami, a redaktorka odpowiada na ich listy na łamach pisma... tutaj dodatkowo są komentarze do artykułu), tylko te budowane przez nią zdania jakieś takie zbyt poprawne, zbyt wyszukane słownictwo itd. itp. Ale wszystko pasowało coraz bardziej. Aż w końcu zobaczyłam, jak ma otwarte na tej właśnie stronie i pisze swoją odpowiedź do komentarzy. Natychmiast doniosłam o tym fakcie Bujakowi na gg i chwilę później całe mieszkanie miało z niej niezły ubaw. Przez ładnych parę dni się z tego nabijaliśmy, pisaliśmy nawet komentarze, a później się śmialiśmy z jej odpowiedzi. Później nawet Bujak doniósł o wszystkim Jurkowi (anonimowo, rzecz jasna), ale niestety nie wiemy jak się to rozwinęło, bo wszystko chyba załatwili jak ona była u niego w Finlandii (swoją drogą to były najlepsze 3 tygodnie na tym mieszkaniu odkąd z nią mieszkam). Takich ubawów było więcej. Np. kiedyś zepsuł nam się czajnik (rączka odpadła), więc zaczęliśmy wodę gotować w garnuszku. Natalia była na mieszkaniu znana z tego, że na dźwięk gwizdka czajnika od razu biegnie do kuchni, żeby podkraść komuś zagotowaną właśnie wodę. Tak więc krótko po tym, kiedy ten czajnik się zepsuł, faceci siedzieli w kuchni i grali w lotki. Gonzo zagotował sobie właśnie wodę w tym garnuszku i mówi: „pewnie zaraz przyleci, jak wyczuje, że woda się zagotowała”. Bujak wziął więc gwizdek z zepsutego czajnika i zadmuchał w niego. Chwilę później Natalia pojawiła się w progu z dwoma kubkami (wtedy jeszcze Jurek z nami mieszkał), a całe towarzystwo z trudem powstrzymywało się od śmiechu. Kiedy wyszła, stwierdzili, że mają gwizdek na psa... tzn. sukę. Inna sytuacja... Natalia (razem z Jurkiem, ale o nim za chwilkę) jest znana z tego, że lubi podkradać innym jedzenie, picie – niemal wszystko. Bujak więc, chcąc dać jej nauczkę, przygotował specjalną maszynerię (czyt. Butelka coli z przywiązanym do gwintu mentosem – tak, żeby przy odkręcaniu wpadł do środka). Zostawił butelkę w kuchni. Kiedy wrócił z pracy, butelka była w połowie pusta, a koło drzwi stało wiadro z mopem. Jeszcze jedno z Jurkiem było ciekawe (wiem, że to miała być notka o niej, ale w sumie jedno z drugim się wiąże). Otóż Bujak (znowu) zostawił w lodówce (to lato było – upały) dwie butelki 5-litrowe napoju. Jedną wstawił głębiej i z tej sobie pił, drugą zostawił bliżej i do tej dodał środek przeczyszczający. Pewnego dnia był na jakimś grzybobraniu czy coś w tym stylu i go czyściło po tych grzybach. Jurek mu na to: „nie martw się, mnie też czyści – chyba się czymś zatrułem”. Także bywa tu też zabawnie, ale wolałabym jednak, gdyby jej tu nie było, bo zdecydowanie bardziej mnie wkurza niż bawi. Poza tym te wszystkie zabawne sytuacje były zaaranżowane przez Bujaka, a on się niedawno wyprowadził. Cóż... byle do czerwca.
skomentuj notkę (9)